My Fair Lady - oczyma faceta | moje-musicale.pl

My Fair Lady - oczyma faceta

07.06.2009 | komentarze: 0 | galeria zdjęć

Gdy na początku sezonu Teatr Muzyczny w Gdyni zapowiadał premierę „Spamalot”, byłem wniebowzięty. Połączenie Monty Pythona, musicalu i libretta Erica Idle w tłumaczeniu Bartosza Wierzbięty, wydawało się strzałem w dziesiątkę. Niestety, rzeczywistość zweryfikowała plany i wraz z nadejściem tegorocznej wiosny na deskach Teatru Muzycznego pojawił się „odgrzewany kotlet” w postaci „My Fair Lady”. Maciej Korwin poszedł na łatwiznę i przeniósł realizowany w Bydgoszczy pomysł na kierowaną przez siebie gdyńską scenę muzyczną. Typowa, rzemieślnicza robota. Tak myślałem jeszcze w marcu... Próbę generalną i dwie premiery później – zmieniłem zdanie.

Dagmara pozwoliła sobie na napisanie bardzo ciekawej i dokładnej recenzji „My Fair Lady”, skupiając się na obsadzie Marek Richter – Jacek Wester – Aleksandra Meller. Jako, że zgadzam się z jej opinią niemal w stu procentach, a miałem też okazję obejrzeć premierowe przedstawienie z „drugą trójką”, czyli Tomaszem Więckiem, Karoliną Trębacz i Andrzejem Śledziem, to skupię się przede wszystkim na tej drugiej wersji. Nie obejdzie się jednak bez porównania do pierwszej obsady.

W niedzielny wieczór 5 kwietnia, będąc już po obejrzeniu próby generalnej i pierwszej premiery (obie w obsadzie Richter-Wester-Meller), nie mogłem doczekać się, jak w bratobójczej konfrontacji wypadnie inna główna trójka. Miałem pewne obawy, co do trafności powierzenia roli Higginsa Tomkowi Więckowi, a także wydawało mi się, że gra Karoliny Trębacz będzie łatwa do przewidzenia. A jak było w rzeczywistości?

„My Fair Lady” to musical klasyczny do bólu. O jego popularności i piętnie, jakie odcisnął na współczesnej rozrywce, niech świadczy fakt, że gdy moje pojęcie o musicalach ograniczało się jedynie do świadomości istnienia gatunku, to nie znając całkowicie historii „My Fair Lady”, nie oglądając filmowej adaptacji, wiedziałem, że „Przetańczyć całą noc” jest utworem właśnie z tego musicalu. Innymi słowy – totalny laik w dziedzinie musicalu był w stanie skojarzyć „My Fair Lady”, a nawet – dopasować jeden utwór. Taką właśnie klasykę zaserwowano nam w pierwszy, kwietniowy weekend w Teatrze Muzycznym w Gdyni.

Do strony muzycznej i tanecznej gdyńskiej produkcji nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Joanna Semeńczuk i Bernard Szyc spisali się na medal. Ruch sceniczny, sceny zbiorowe – wszystko dopięte na ostatni guzik i z każdym kolejnym przedstawieniem grane lepiej, dokładniej, płynniej. Pod tym względem „My Fair Lady” naprawdę nie ma się czego wstydzić. Oglądanie wspaniałego walca na balu, czy niesamowitej choreografii przy „Get Me to the Church on Time” to prawdziwa uczta dla oka i ucha.

Zgadzam się z Dagmarą także w przypadku oceny scenografii i kostiumów. Te drugie doskonale dopełniają całości, zarówno w przypadku londyńskiego, cockneyowskiego motłochu, jak i arystokracji na wyścigach konnych w Ascot, czy balu u ambasadorowej. Scenografia z kolei jest – moim zdaniem – poprawna. Tutaj można było postarać się dużo lepiej, ale może dzięki prostocie rozwiązań tło nie absorbuje widza tak mocno i pozwala skupić się na samej sztuce.

Wielkim plusem „My Fair Lady” na deskach Teatru Muzycznego w Gdyni jest... oświetlenie. To właśnie ten element tworzy, chyba w największym stopniu, atmosferę spektaklu. Już gra świateł na specjalnie przygotowanej do przedstawienia kurtynie przy dźwiękach uwertury robi wrażenie. Każda zmiana motywu muzycznego zsynchronizowana jest z odpowiednią zmianą barwy światła. Podoba mi się również cała seria scen z nauki Elizy przez Higginsa, przeplatanych wstawkami muzycznymi służby. Na zmianę oświetlane są osoby Elizy, Higginsa i Pickeringa oraz śpiewające pokojówki i lokaje. To bardzo sprytne pokazanie upływu czasu – tylko za pomocą gry świateł. Poza tym cała plejada drobnych elementów – lampy uliczne, bruk londyńskiej ulicy, przepiękne oświetlenie ostatniej sceny. Takie smaczki pozostają czasami niezauważone, ale wywołują wrażenie w naszej podświadomości.

Aktorzy. W porównaniu do pierwszej obsady, o której napisała już Dagmara, druga wypada... niestety gorzej. Jak inaczej bowiem można ocenić fakt, że największe brawa dostał Bernard Szyc, wcielający się w Artura Doolittle? Czy chodziło o to, by spektakl „dźwigała” na swoich barkach drugoplanowa postać? Szyc jest genialny w tej roli, to niezaprzeczalne, ale jak mają się do tego wcielenia Tomasza Więcka, Karoliny Trębacz, czy Andrzeja Śledzia?

Po premierowym spektaklu, w którym wystąpili Więcek i Trębacz, wiem na pewno, że oboje są wspaniałymi solistami. Ich wokalne popisy nie mają sobie równych. Naprawdę przyjemnie słucha się każdego utworu zaśpiewanego przez Tomka lub Karolinę. Niestety, „My Fair Lady” ma to do siebie, że jest musicalem, gdzie trzeba wykazać się kunsztem aktorskim. W tym aspekcie zdecydowanie lepszą parą jest Marek Richter i Ola Meller. Kreowana przez nich relacja między Higginsem a Elizą jest tak dobra, że niemal czujemy to napięcie, jakie istnieje między tymi bohaterami. Niestety, nic z tej „magii” nie zostaje w przypadku Tomka i Karoliny. Ich gra jest zbyt płaska. Nie jest co prawda źle, ale do perfekcji brakuje wiele.

Andrzej Śledź. Aktor, który doskonale pasuje do roli Pickeringa. Pułkownika Pickeringa. Widząc Śledzia w tej roli czujemy, że mamy do czynienia z wojskowym, który pod militarnym wychowaniem kryje całkiem jowialną i współczującą duszę. O klasie muzycznej Andrzeja Śledzia nie ma chyba co dyskutować – jest genialny! Śledź i Wester (pierwszoobsadowy Pickering) to generalnie dwa różne wcielenia i dwie różne interpretacje tej samej roli. Warto obejrzeć obie i wyrobić swoje własne zdanie. Jak dla mnie – wygrywa ten bardziej wojskowy.

Każdy z oglądających „My Fair Lady” przyłapuje się w pewnym momencie na tym, że zamiast obserwować główną trójkę bohaterów zaczyna zwracać uwagę na to, co dzieje się na drugim planie. Dzieje się bowiem naprawdę wiele i musical ten zasłynie z pewnością najbardziej zapadającymi w pamięć rolami drugoplanowymi. Wybór tychże jest bowiem spory. Gdy nasze oczy i uszy zechcą odpocząć od widoku Elizy, Pickeringa i Higginsa, możemy podziwiać doskonale zagraną służbę w domu przy Wimpole Street 27a z rewelacyjnym lokajem (Tomasz Gregor) i szefową służby – Panią Pierce (Anna Andrzejewska). Na pewno zwrócimy uwagę na postać Freddiego Einsford-Hilla, romantycznego, nieco roztrzepanego, młodego arystokraty zakochanego w Elizie, w którego wcielają się na zmianę Jerzy Michalski i Tomasz Bacajewski. Pamiętne role odgrywają też Łukasz Dziedzic i Krzysztof Wojciechowski jako „koledzy od kieliszka” Alfreda Doolittle'a oraz Aleksy Perski jako były uczeń profesora Higginsa – Karpathy. Każda z tych ról doskonale uzupełnia główną „trójkę” postaci powodując, że musical nie staje się przedstawieniem jednego aktora, ale ciągle zaskakującym i porywającym dziełem całej ekipy artystów.

„My Fair Lady” w reżyserii Macieja Korwina to naprawdę porządny i wyjątkowo pozytywnie zaskakujący musical. Z „odgrzewanego kotleta” wyszła cokolwiek smaczna potrawa. Zdecydowanie polecam Marka Richtera, Aleksandrę Meller i Andrzeja Śledzia jako „podstawową” obsadę i w takiej konfiguracji mogę oglądać ten spektakl wiele razy. Historia Elizy Doolittle jest całkiem interesująca, dobrze zagrana, świetnie zaśpiewana i myślę, że nieprędko zejdzie z gdyńskiego afisza. Po prostu... „Przyzwyczaiłem się...”


Autor: Tomasz Grodzki

Imię:
(wymagane)

E-mail:
(wymagane)

Adres email nie będzie publikowany.
Komentarz:
(wymagane)


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.
Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies w swojej przeglądarce.
Z naszej strony informujemy, że nasze "ciasteczka" służą tylko i wyłącznie bieżącej pracy serwisu.

Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij w Zamknij.

statystyka